Archiwum kategorii: Ciekawostki

Cze 17 2013

Recepta na maczetę

Wysłużona piła tartacznaNa wstępie muszę zastrzec, że nie jest to recepta na to, jak wykonać maczetę, by na krakowskiej ulicy Teligi wszczynać bójki pseudokibiców z udziałem tego niebezpiecznego narzędzia. Maczeta w niektórych krajach jest narzędziem podstawowym do prac w polu i lesie, w afrykańskim buszu, lub brazylijskiej dżungli. W warunkach bieszczadzkich łowisk staje się sprzętem nieodzownym, gdyż warto ją mieć, by utorować sobie drogę w ciernistych zaroślach, przygotować drewno na ognisko i do wielu innych prac, gdzie siekiera staje się narzędziem nie zawsze dostępnym lub nieporęcznym. Jest lżejsza niż siekiera i może znajdować się w plecaku myśliwego z traperskim zacięciem. Kupiłem kiedyś na internetowej giełdzie „ALLEGRO” maczetę typu „GHANA”, ale oprócz kształtu klingi niczego w niej nie ma dobrego. Jest przede wszystkim tępa i pomimo wielu prób naostrzenia jej, pozostała wierna swojej upartej tępocie. Postanowiłem zatem wykonać maczetę podobnego kształtu, ale z odpowiednio twardego materiału, a nie zwykłej, czarnej blachy, jak w przypadku mojego nieudanego zakupu.
Dobrym materiałem jest wyeksploatowana piła traka pionowego, która jest jeszcze dostatecznie szeroka, aby wyciąć z niej zaprojektowany kształt maczety. Cięcie wzdłuż narysowanych flamastrem linii wykonuje się szlifierką kątową z tarczą do cięcia metalu. Jest to zajęcie dość niebezpieczne i bez specjalnego zabezpieczenia i wprawy radzę tego nie robić osobiście, a powierzyć osobie odpowiednio doświadczonej. Po wycięciu kształtu klingi oczyszczamy jej powierzchnię listkową tarczą szlifierską. Otwory do mocowania uchwytu radzę wykonać wycinarką plazmową lub laserową. Można też wykonać je wiertarką stołową z dobrym jakościowo wiertłem. Ten etap, póki co bez wiercenia ilustrują dołączone zdjęcia. W miarę postępu prac będę ten tekst aktualizował, rozwijał i ilustrował kolejnymi zdjęciami.

                 Surowy kształt maczety i "resztki" piły             Maczeta po wstępnej obróbce

Kwi 14 2013

Od naganiacza do …prezesa Koła

Jasiek Pieńkowski z synem Michałem Stare fotografie mają niewątpliwie niezaprzeczalny urok, wywołujący różnego rodzaju refleksje i wspomnienia. Ostatnio, przeglądając albumy starych zdjęć sprzed bez mała trzydziestu lat natknąłem się na kilkanaście zdjęć z roku 1985, z uroczystego Polowania Hubertowskiego w WKŁ 137 „Jenot” w Komorowie, zakończonego spotkaniem przy leśnym ognisku z rodzinami myśliwych i zaproszonymi gośćmi. Byłem wtedy łowczym w tym kole i pełniłem rolę gospodarza spotkania, a prowadzącym polowanie był Zbyszek Stawinoga. Ale nie to jest istotne, bo takich polowań są tysiące i nic szczególnego w czasie ich trwania się nie wydarza, poza tym, co na polowaniach się wydarzyć powinno. Ale jedna fotografia przykuła moja uwagę. Niby zwykła, czarno-biała fotka, na której kol. Leszek, bo od niego pochodzą te zdjęcia uwiecznił dwie postacie na pierwszym planie: Jaśka Pieńkowskiego, myśliwego koła, do którego podówczas należałem i jego syna, kilkunastoletniego chłopca, odpoczywających po trudach polowania i oczekujących na biesiadę myśliwską przy ognisku.

Ten chłopiec, to Michał, biorący udział w polowaniu jako naganiacz. Czy myślał wtedy, że kiedyś również będzie polował. Tego z fotografii odczytać się nie da. Ale, nawet gdyby tak było, nie sposób dopuścić myśl, że ten kilkunastoletni chłopiec, nie tylko będzie członkiem koła, ale będzie jego prezesem! Dziś, a dokładnie od 9 kwietnia 2010 roku, a więc od dnia poprzedzającego tragedię smoleńską przewodniczy Zarządowi Koła „JENOT”, pełniąc wcześniej przez sześć lat (2000 – 2006) obowiązki skarbnika . W czerwcu tego roku minie 20 lat jego przygody z łowiectwem. Maturę zdał w wiosną1993 roku, a jesienią został przyjęty do miejscowego koła łowieckiego. Potem ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu w Białymstoku i rozpoczął pracę jako aplikant w Sądzie Rejonowym w Ostrowi, a później jako asesor w Sądzie Rejonowym w Ostrołęce.

Jest to kariera w iście „amerykańskim stylu”. Przypomnę, że prezydent Regan rozpoczynał swoje dorosłe życie od ról filmowych w westernach, a później, po latach wspinania się po szczeblach politycznej kariery powierzono mu piastowanie najwyższego urzędu w państwie. Chociaż w tych dwóch karierach jest istotna różnica, ale w podejściu do wykonywania obowiązków na tych dwóch „stołkach” różnicy nie ma. Należy wykonywać je z pełnym oddaniem. I taki jest Michał. Kol. Michał przyjmuje od myśliwego ślubowanie

Znam go od dziecka, bo dorastał razem z moimi dziećmi na tym samym podwórku i znam jego spojrzenie na problemy koła i łowiectwa. Jego zamiarem jesDekoracja Króla Polowaniat, aby racjonalizując i intensyfikując gospodarkę łowiecką w obwodach koła doprowadzić do podwojenia pozyskania grubego zwierza w posiadanych obwodach i zadomowienia się w nich tych gatunków, które nie bytują tam na stałe Życzę mu, w roku jubileuszu 90-lecia PZŁ i 60-lecia Koła „Jenot” zrealizowania wizji funkcjonowania koła i sukcesów w gospodarce łowieckiej, której szczątkowym, co prawda, elementom mam sposobność przyglądać się, będąc co rok gościnnie „na starych śmieciach”.

Mar 16 2013

Wiosenny atak zimy

Zdjęcie0346Do kalendarzowej wiosny mamy niespełna tydzień. Ale wiosny nie widać! Od 14 marca, przez cały dzień i noc padał śnieg, a efekty tego zaskakującego ataku zimy Zdjęcie0350widać na załączonych zdjęciach. W górach pokrywa śniegu jest ponad półmetrowa, czyli będzie leżał do maja, jak mówią miejscowi. Będą trudne dni dla zwierzyny, bo – jak to zwykle na przedwiośniu bywa – przymrozki zaskorupią śnieg i dostęp do karmy będzie utrudniony. Ostra skorupa ranić będzie kończyny płowej i dzików, a ucieczka przed drapieżcami stanie się często niemożliwa. Musiał widocznie Pan Bóg mieć ostatnio zły humor. Być może rozsierdził Go wynik konklawe, bo od momentu ogłoszenia jego wyniku zaczął padać śnieg. Ale czym zawiniły zwierzątka?

Lut 26 2013

Bagażnik hakowy

W lutowym numerze Braci Łowieckiej zamieszczony jest artykuł na temat możliwości stosowania bagażników, montowanych na samochodowym haku holowniczym. Nie wnikając w treść tego artykułu i perypetie związane z dostosowaniem prawa o ruchu drogowym, umożliwiającym montowanie tego rodzaju bagażników przez właścicieli samochodów osobowych (do przewożenia np. rowerów) wiem, że jak dotychczas, na rynku są jedynie bagażniki rowerowe, które – ze względu na swoją konstrukcję – nie mogą być użyte do przewożenia innych ładunków. Ale od czego pomysłowość i zamiłowanie do majsterkowania? Mój kolega Andrzej obdarzony jest i jednym i drugim. W ubiegłym roku, na bazie zakupionego bagażnika rowerowego skonstruował montowany na haku swojej „vitary” bagażnik, wytrzymujący masę największych sztuk, pozyskiwanych w naszych łowiskach. Bagażnik ten miał wszakże jeden mankament. Platforma ładunkowa nie składała  się w sytuacji, kiedy nie było potrzeby jej wykorzystania. Zakupił zatem drugi bagażnik rowerowy, trochę materiału i tak powstał model, widoczny na kilku zdjęciach, które pokazują istotne szczegóły konstrukcyjne w taki sposób, że dodatkowy opis staje się zbyteczny. Wydaje się, że takie rozwiązanie można stosować będąc w zgodzie z obowiązującymi przepisami, chociażby na zasadzie: „co nie jest zabronione, jest dozwolone”. Gratuluję pomysłowości, umiejętności i dziękuję za zgodę na udostępnienie zdjęć do dzisiejszego wpisu.

getattach,mid,5788,mpid,9,min,1,uid,36981526e9bb21c5    getattach,mid,5789,mpid,7,min,1,uid,36981526e9bb21c5

   

Lis 22 2012

Kiełbasa z dzika

Z kiełbasą z dzika eksperymentuję od paru lat próbując różnorakich przepisów, zdobywanych tu i tam. Ten przepis, który prezentuję kolegom i polecam do wypróbowania jest godzien uwagi ze względu na łatwość wykonania i powszechną dostępność wszystkich dodatków smakowych. Podstawową zasadą wyrobu wszelkich wędlin jest to, że należy wykorzystywać do przetworzenia dobre jakościowo mięso. Do kiełbasy nie dodaję mięsa ani wieprzowego, ani wołowego, ponieważ kiełbasa ma być z dzika! Mięso należy oczyścić z krwistych przebarwień i innych zanieczyszczeń, umyć powierzchniowo pod bieżącą wodą i osączyć ściereczką, lub ręcznikiem jednorazowym tak, aby nie zawierało jej zbyt dużo. Do przerobu przeznaczamy karkówkę, łopatkę i szynkę w proporcji 2/3 ogólnej masy mięsa, pozostałą część stanowi boczek, łata i podgardle, a także słonina, jeśli mięso jest zbyt chude. Z każdej grupy wybieram najlepsze kawałki mięsa do oddzielnej misy krojąc je na kawałki wielkości orzecha włoskiego. Pozostałe mięso z błonkami, ścięgniste i powięziami kroję tak samo drobno do drugiego naczynia. Przygotowany w ten sposób  surowiec pozostawiam na dwie godziny, po czym odsączam z dna naczynia krwisty płyn, psujący smak produktu finalnego. Mięso należy zważyć i dobrać wagowo do tej masy przyprawy, z których sól peklująca będzie użyta w pierwszej kolejności, pozostałe zaś bezpośrednio przed nadziewaniem. Na 10 kilo mięsa potrzeba:
czosnku – pełną szklankę (3 duże główki), soli peklującej – 10 deka, soli zwykłej – 10 deka, pieprzu czarnego zmielonego – 2 deka, pieprzu ziołowego – 2 deka, ziela angielskiego zmielonego – 0,5 deka, jałowca zmielonego – 1 deko, majeranku – 2 płaskie łyżki, magi – 2 łyżki, cukru – 2 płaskie łyżki, żelatyny – 1 torebka.
Sól peklową i zwykłą po odważeniu dokładnie mieszamy i wmasowujemy w przygotowane mięso w odpowiedniej proporcji, ugniatamy w emaliowanych, najlepiej kamiennych garnkach i odstawiamy w chłodne miejsce na 3 doby. Wskazane jest w tym czasie przemieszać je co najmniej raz.  Po tym okresie, dobre gatunkowo mięso przepuszczamy przez grube sitko (10 – 12 mm), mniej wartościowe natomiast przez sitko grube, a następnie o drobnym oczku, dodając czosnek do rozdrobnienia w tej fazie przygotowania farszu. Dodajemy pozostałe przyprawy, a żelatynę rozpuszczamy bezpośrednio przed użyciem w szklance ciepłej wody i wlewamy do farszu. Zamiast żelatyny możemy przeznaczyć do zmielenia dwie golonki ze ścięgnami i błonami na bardzo drobnym sitku. Wszystko razem mieszamy tak długo, aż mięso stanie się sprężyste i będziemy mieli pewność, że wszystkie składniki są dokładnie połączone. Jelita moczymy przez kilka godzin przed nadziewaniem, po czym z użyciem nadziewarki (najlepiej), lub maszynki do mięsa z lejkiem napełniamy je, formując odpowiedniej długości pętka. Po napełnieniu jelit pozostawiamy kiełbasę do dnia następnego rozłożoną na stole, a następnie wędzimy przez 4-5 godzin drewnem z drzew owocowych lub olchą. Wędzarnię trzeba wpierw ogrzać i osuszyć przez około pół godziny paląc dość ostro, po czym wkładamy drążki z kiełbasą i bez przykrycia osuszamy ją przez kolejne pół godziny w temperaturze 40-45 stopni. Wędzenie zasadnicze trwa około trzech godzin, przy czym nie należy dopuszczać do zbyt wysokiej temperatury (powyżej 60 stopni). Co jakiś czas sprawdzamy równomierność wędzenia i w razie potrzeby przekładamy drążki miejscami, odwracając je o 180 stopni. Ostatnie pół godziny wędzimy w temperaturze 65 stopni aż do uzyskania lekkiego zmarszczenia powierzchni kiełbas. Czasy poszczególnych faz wędzenia są nie są rygorystyczne, bo zależą one od charakterystyki wędzarni. Zalecam częste zaglądanie do wnętrza wędzarni i właściwe reagowanie, sterując w ten sposób procesem wędzenia. Kiełbasę, w zależności od wieku dzika odparzamy od 40 minut do jednej godziny w wodzie o temperaturze 82 stopnie. Po odparzeniu schładzamy ją zimną wodą, po czym lekko ciepłą kiełbasę wykładamy na stół i pozostawiamy do całkowitego obeschnięcia i stężenia. Żelatyna oraz błoniaste części mięsa dają klej, który w ciągu kilku godzin zwiąże farsz mięsny w jednorodną masę. Tak przygotowaną kiełbasę można mrozić i przechowywać przez dwa, trzy miesiące bez obawy o utratę jakości i wartości smakowych. Życzę kolegom odwagi i udanych prób, bo tak naprawdę to nie ma się czego obawiać. Receptura i technologia są przecież bardzo proste.  Kiełbasa musi się Wam udać. Życzę smacznego!!
                       
 

Mar 24 2012

Lecą żurawie

Od tygodnia nad Sanokiem przelatują żurawie. Ciągną w kluczach liczących ponad 150 osobników, a nad Sanokiem kołują, nabierając wysokości po czym obierają kierunek na północ. Lecą na błota Białorusi, do krajów północnej Europy, czyli do swoich miejsc lęgowych. Jest coś nostalgicznego i pięknego w tym widoku, jak w starej polskiej piosence „Wędrowny ptak”, który „do  swoich gniazd co roku wraca”.  Wydaje się, że jeszcze nie jest tak bardzo źle z naszą przyrodą. A jak jest naprawdę? Na zdjęciach dwa klucze żurawi krążących nad Sanokiem. Na dużych powiększeniach można je policzyć. Kto zrobi to pierwszy?

Lut 11 2012

Orły i kormorany

Zima. Horyzont zasnuty mroźną mgiełką, na drzewach szadź, strzepywana przez sikorki, sroki i inne ptactwo. Na Sanie, którego tafla zamarza od brzegu coraz szybciej pozostawiając zmniejszającą się powierzchnię otwartej wody dla wielu gatunków kaczek, przylatujących z Dalekiej Północy i zimujących tutaj, rybitw i innych ptaków wodnych nastały trudne dni. Na powierzchni wody śryż, utrudniający pływanie, a w wodzie coraz mniej glonów, roślin wodnych, larw owadów i ryb, bezlitośnie tępionych przez kormorany, zimujące na odcinku Sanu od Myczkowiec do Dynowa. Woda tu nie zamarza w normalne zimy, bo elektrownie w Solinie i Myczkowcach do tego nie dopuszczają. Od kilku lat mamy tutaj iście mazurski klimat, jak w piosence Piotra Szczepanika z tym, że stamtąd kormorany odlatywały jesienią. My mamy je cały rok. Kilkaset sztuk w kilku kluczach ciągną codziennie wzdłuż rzeki, wyszukując dogodnych miejsc do żerowania. W Sanoku niewielkie ich stadko żeruje w okolicach supermarketu Kaufland. Obserwuję je codziennie, jak pływają z napełnionymi wolami, niezdolne do lotu od nadmiaru połkniętych w całości ryb. Trzymają wtedy głowy wysoko, na wyciągniętych szyjach, usztywnionych 40. centymetrowymi pstrągami, lipieniami, szczupakami i innymi gatunkami ryb, bytującymi w naszej krainie pstrąga i lipienia. Na nic zdają się wysiłki naszego Okręgu Krośnieńskiego PZW, który doprowadził łowiska Sanu do takiego stanu, że stały się atrakcyjne nie tylko dla muszkarzy krajowych, lecz przyjeżdżają tu wędkarze – sportowcy z całej Europy. Odbywają się tutaj muchowe mistrzostwa świata i wędkarskie imprezy krajowe, nie mówiąc o licznych naszych, regionalnych.  Wydana rzez Wojewodę Podkarpackiego zgoda na redukcję kormoranów o kilkadziesiąt sztuk nie załatwia sprawy do końca, ponieważ brać wędkarska wędką ich nie wyłowi, a koła łowieckie w rocznych planach łowieckich gatunku tego nie mają do pozyskania. Należałoby ująć ich pozyskanie w planach kół łowieckich, których obwody obejmują rzekę i trzeba ustalić zasady rekompensat kosztów takiego polowania. Związek wędkarski wypłaca  wysokie „honorarium” pozyskującym za każdą strzeloną sztukę, lecz zainteresowanie takim polowaniem jest nikłe z powodu nie do końca uregulowanych spraw administracyjnych. A kormoranów z roku na rok mamy coraz więcej. Kilka lat temu mieliśmy pojedyncze sztuki. Dziś są to setki osobników, których liczebność jest w tej chwili coraz trudniejsza do ustalenia. A ryb jest coraz mniej. za rok, dwa, będzie tutaj bezrybna pustynia.
To, czego nie mogą załatwić wędkarze i myśliwi, załatwia częściowo przyroda. Nad Sanem pojawiły się orły!! Wiadomo, że od lat mają swoje siedliska w rejonie Międzybrodzia, Mrzygłodu i Dobrej, ale widać je było rzadko. Teraz patrolują rzekę lecąc majestatycznie w górę i dół biegu Sanu i atakują głównie kaczki, chociaż i kormoranem, jak sądzę, nie pogardzą. Jest to przepiękny ptak, a jego widok, przelatującego w odległości kilkudziesięciu metrów wywołuje niesamowite wrażenie. Głód spowodował, że one również zatraciły bojaźń przed ludźmi i lecąc, nie zwracają uwagi na przechodniów, wędkarzy i miejski ruch, którego my mamy często dosyć. Jeden ze spacerowiczów miał szczęście sfotografować go w pełnym wdzięku locie i zdjęcia te, za jego zgodą zamieszczam w galeryjce poniżej. Dziękuję Panu Adamowi za nadesłane fotki i proszę o następne, ciekawe ujęcia naszej przyrody.


Sty 04 2012

Szkodnik czy sprzymierzeniec?

Bobry objęte są u nas całoroczną ochroną. Podziwiamy je, a w zasadzie podziwiamy ich niezwykłe umiejętności powalania dużych drzew liściastych, które podgryzione upadają tam, gdzie dla tych zwierzątek upaść powinny. Ich umiejętność zapełniania przestrzeni i brak bojaźni wobec dużych skupisk ludzkich jest zadziwiająca. W Sanoku, na brzegach Sanu bezlitośnie rozprawiają się z wiekowymi wierzbami, które tworzą naturalną otulinę rzeki. Gdyby wierzby te ścięte były przez człowieka, nazwano by to dewastacją przyrody, wandalizmem, nałożono karę w wysokości co najmniej  5000 złotych i sankcje w zawiasach. W sanockim skansenie rozprawiły się z wieloma drzewami, powodując zagrożenie uszkodzenia niektórych obiektów. Nie mam nic przeciwko bobrom tam, gdzie jest ich naturalne miejsce bytowania. Są tam z pewnością pożyteczne regulując stosunki wodne w okolicy. Ale, jak się wydaje, ślepi jesteśmy nie  dostrzegając szkód, za które przecież płacimy pośrednio z własnej kieszeni. Szkody w lasach i uprawach rolnych obciążają Skarb Państwa, czyli cząstkę naszych podatków. Jest najwyższy czas, aby zastanowić się nad sposobem redukcji tych ssaków, które kiedyś były na liście zwierząt łownych. Ale dla podjęcia takiej decyzji trzeba odwagi, której – jak widać – naszym decydentom brakuje.

Wrz 19 2011

Krótki raport z łowiska

9 września ok. godz. 18.00 pozyskałem lisa na Horodku Dolnym. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż pod jedną z jabłoni żerował roczny byczek, w pierwszej głowie, jeszcze nie wytarty, o tykach dość obiecujących, czyli przyszłościowy. Po strzale do lisa nawet nie drgnął, spokojnie żerował i powoli, po kilkunastu minutach podążył za kozą, która również wyszła na polanę i zbliżyła się do niego na odległość około 2 metrów. Razem zaszyli się w gąszczach. Był sam, a chmara widocznie była w pobliżu, bo takie byczki raczej same jeszcze nie bytują. Zdjęcie wykonane telefonem komórkowym nie jest najlepszej jakości, ale przy zmierzchowym oświetleniu nic innego nie udało się uzyskać. Poza tym informuję kolegów, że ambona „Nad Kowalikiem” jest gotowa i można z niej polować. Nie ma tam, co prawda, ekstra wyposażenia, ale jest dwuosobowa prosta ławeczka, którą można wykorzystać na rykowiskową zasiadkę. Póki co, drzwi i jedno okienko są uchylone ponieważ ambona, budowana  w okresie intensywnych opadów w lipcu i sierpniu wymaga przesuszenia. Wspólnie z Januszem Oparem, jako główni wykonawcy życzymy wszystkim, którzy zechcą tam zasiąść udanych łowów i pozyskania medalowych trofeów.

Cze 03 2011

Prawem chronione

Węże to zwierzęta, które rzadko kto darzy sympatią. Od czasów biblijnych upłynęło dość czasu, aby w ludzkiej świadomości ukształtowała się niechęć i antypatia dla tego gatunku stworzeń. Może ma to jakiś głębszy sens, a może lepiej jest tak, jak jest teraz, ponieważ nasza znajomość gadów jest niebywale płytka. Uważamy bowiem wszystkie gady za wielce niebezpieczne, co może rodzić w stosunku do nich nasze działania niepożądane, do zabijania włącznie. Prezentowany na zdjęciu zaskroniec został napotkany przeze mnie w naszym obwodzie bieszczadzkim na Horodku Dolnym i był wyjątkowo dorodnym okazem. Miał około 120 cm długości i kilkanaście centymetrów obwodu w najgrubszym miejscu. Świetnie pływa i nurkuje, a co najważniejsze, jest zupełnie niegroźny dla człowieka, chociaż nie radzę brać go do ręki. Zaskrońce wydzielają specyficzną woń, która pozostaje na skórze dłoni i w zasadzie nikomu do gustu nie przypada. W Polsce żyje tylko jeden gatunek węża jadowitego. To żmija zygzakowata, z którą bezpośredniego spotkania należy unikać. Może mieć kolor popielaty, brązowy i prawie czarny, z charakterystycznym ornamentem w kształcie zygzaka wzdłuż całego ciała. Nie atakuje człowieka bez przyczyny. Drażniona, lub nadepnięta broni się zębami jadowymi poprzez ukąszenie, które może być bardzo niebezpieczne. Myśliwym radzę poruszać się w łowisku w wysokich butach skórzanych lub gumowych, które chronią przed ukąszeniem przypadkowo nadepniętej żmii. I nie zabijajmy tych stworzeń, chociaż nie przypadają nam do gustu.

Starsze posty «

» Nowsze posty